Właśnie wróciłam z koncertu MARII PESZEK.
Piękna kobieta, prawdziwa, bezpośrednia i cholernie zdolna. Ludzie po koncercie niemal modlili się do niej, szeptali, że wiedzą jak to jest być na dnie. Ona ich obejmowała i całowała. Maria jest taka naturalna. Jak najszczersze źródło jak jedyna prawda.
Koncert był wspaniały. Ten wokal, ten dziki taniec po scenie.
MARIA wyśpiewała to co tkwi w ludzkim sercu. Słychać było samotność, gniew, nadzieje, miłość.
Takie autentyczne i niemalże zwierzęco proste. Cover Personal Jesus, płomienie na drutach obwiązanych dookoła dłoni i korona cierniowa z czerwonych lampek choinkowych. MARIA badź moim Bogiem.
Katharsis. |
Wszystko wokół się rozpada i gnije, jest sztuczne, lepkie i śmierdzące. Nie ma o co walczyć, nie opłaca się umierać za cokolwiek. Miłość tylko fizyczna, dobro jedynie materialne.
A tu ONA. Ktoś kto widzi i czuję. Jej dłonie nie są brudne, a słowa obłudne. Ile bym dała, aby mieć w sobie tyle prawdy.
Dla społeczeństwa jest jeszcze nadzieja, widziałam ludzi wpadających w jej objęcia, szukających sensu i zrozumienia. Ludzi głodnych szczerości, naturalności tak dzikiej i wolnej.
Chcę wyznawać Marię.
Cholernie dziękuję za koncert. Za odrobinę sensu.
tego mi trzeba SZARA FLAGA !

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz