niedziela, 31 marca 2013

!Eleven!

Najadłam się i napiłam.
Dostałam raffaello, trudno było mnie odciągniąć od tego białego pudełeczka.

Organizm się broni, jest lepiej, choć wciąż nieidealnie. Planuję zdać z chemii, załapać nieco dystansu i nie przytyć za wiele. Jajeczka już nie spadały z firanki, obyło się bez zgrzytów. Całkiem miły dzień, trochę mnie tyłek boli od siedzenia przed telewizorem, ale da się przeżyć, dobrze, że przestałam się opychać. Zgubiłam gdzieś trochę patosu, co mnie cieszy niezmiernie, bo choć i tak pisać nie umiem lubię prostotę swoich przemyśleń. Skoro sama gubię się w dualnej naturze swej dualnej natury (czyli takiej jakby poczwórnej, ale nie chcę szukać jakby brzmiał taki przedrostek, za dużo musiałabym myśleć o rzeczach bliskich chemii). Chyba muszę się umówić z tą chemią, iść na piwo czy do kina, bo i tak mnie cholera dopadnie. Może problem nie tkwi samej chemii, bo jak nie chemia to matma, jak nie matma to matura (etc, etc, etc), zawsze mnie coś goni i ściska za gardło.
Nie mam dziś mądrzejszych przemyśleń, wracam do Bułgarii, gdzie ciepły front i moje prawdziwe oblicze.Jutro Lany Poniedziałek, szykuję wiadra.
Smacznego!

sobota, 30 marca 2013

!Ten!

Zamieniam duży pokój w świątynie kiczu. Niczym muzeum plastikowych jajek,błyszczy i wrzeszczy całe pomieszczenie od jaskrawych deseni prawie kurzego pochodzenia. Zewsząd patrzą na mnie bystre oczka baranków na kijku. Z firany spada sztuczny symbol odrodzenia, za nim leci wazon zmęczony żółcią tulipanów. Ile można prawda? Więcej wody, bo chyba nie zalał się cały obrus. Święta pod śniegiem, rozważaniem na temat skośnej wojny, z nieustającym problemem i niemal całą prawdziwą rodziną. Reszta mnie nie zna albo nie kocha. No cóż. Mam zdjęcia. Tam się wszyscy bardzo lubimy. Katar mi uszy zatyka, ale byłam u święconki, widziałam Jezusa plastikowego w grobie, tak plastikowego jak moje jajka na firance i baranek w doniczce. Straszny widok, aż mu się czerwona farba lała z piersi. Ale to nic bo on zmartwychwstanie, z moich obliczeń w drugą noc po zgonie, ale to ponoć trzeci dzień. Nie wiem, nie czytam i tak miło, że będzie. Mój baranek też ożyje, będzie dopóki się nie zmęczy świętą kłótnią, naje się ze mną sałatki i będzie rzygał. Alleluja. Alleluja.

!Nine!

Jestem półżydem, półniemcem, półżółtkiem, półbułgarem. Jako osoba prawosławna codziennie czytam Koran i modlę się do Jezusa. Lubie swoją schizofrenie, neurastenię i padaczkę. Tańczą mi wszystkie chromosomy i nogi. Nogi mam cztery, w tym dwie zielone. Te różowe są trochę nieprzydatne. Potrafią tylko tańczyć salsę. A ja wolę poloneza. Jest taki dziki i zmysłowy. Nie lubię kiełbasy i coca-coli, wolę pomarańczę z wódką. Jestem chora na wszystko. Mój bułgarski ojciec pięknie robi na drutach. Matka bułgarianka ze szczotką do kibla przegarnia cyganów z naszej posesji, bo obgryzają nam tynk z płotu. Umie robić jeszcze pyszny budyń marchewkowy i kisiel o smaku martni. Nie, nie gra wszystko. Tęsknię za Bułgarią i tamtejszym chłodnym latem. Razem z rodzeństwem zrywamy z drzew cukierki obsypane cukrem-pudrem, z papierków robimy sanki. Nikt w rodzinie się nie kocha, mieszkamy razem z przyzwyczajenia. Tata ma chłopaka o 10 lat starszego, który bierze dużo wiagry i wygląda jak mops. Mama w wolnym czasie wydobywa węgiel z kopalni. Opowiedziałabym Wam jeszcze o moich fetyszach i obsesjach, ale nie mam czasu. Tramwaj rusza za chwilę, przez Bydgoszcz, do Krakowa, Gdańska i Częstochowy. Stacja docelowa na Księżycu. Tam wszyscy mamy przymusową przesiadkę i aborcję. Potem prosto aortą, albo marską wątrobą, wódką i likierem do końca. Sialalalallalalalalalaal. Długa, długa wędrówka za krótka żyłka i linka. Chociaż nic nie brałam, nie piłam, płonę niczym choinka. Robię sobie z Was pisanki.

!Eight!

Utknęłam pod gorącym kocykiem. Ja i moje bakterie łączymy się w Męce Pańskiej. To interesujące, że według antropologów, gdy Jezusowi został przebity bok i wyleciała woda, oznaczało to, że Żydowski Król wciąż żyje. Trochę mam w nosie to spekulacje. Biblia pisana była ludzką ręką, jak wszystko może być zakłamana. Ciekawe kto ruszy dzisiaj do kościoła poświęcić jajka i kiełbaski skoro mnie traci choroba. Ta, hipokryzja. Nie jestem chrześcijanką, jednak tradycja to tradycja. Kiedyś, bardzo dawno temu lubiłam święta, teraz to tylko dobry powód do kłótni, paskudnego, generalnego sprzątania i przejadania kasy. Pamiętam jak w jedną Wielkanoc, bodajże w Wielką Sobotę nażarłam się pysznej sałatki. Cały następny dzień przerzygałam. Przynajmniej od zająca dostałam grę Monopoly. Szaleństwo. Mam maturę za 13 miesięcy, rocznik '94 ma 38 dni. Huhu. Z nudów lubie panikować. Jestem człowiekiem renesansu, czeka mnie sporo nauki. Chyba łapie mnie gorączka, bredzę. Chciałabym umieć pisać demotywujące zadanie domowe. Miłego dnia.

piątek, 29 marca 2013

!Seven!

Cóż za misz-masz.
Totalny chaos... Idą święta, których już nie obchodzę. Jeśli ktoś to czyta (w co szczerze wątpię) jest świadkiem narodzin niczego z czegoś, jakieś poplątanej sterty leżących przemyśleń w oceanie umysłu. Te moje pomysły parzą jak meduza zmysły (joł, nie czuje, że rymuje). Kolorowe plamki na szerokiej wodzie moich zwoi mózgowych. Wciąż w uszach dzwoni mi Peszkowa, wciąż goni mnie sprawdzian z ukochanej chemii. Żeby było weselej moja psychika wykończyła organizm, wpuściła jakiegoś wirusa, który skrzętnie penetruje moje komórki. Cóż to za zabawny przykład autoagresji. Moja mama również chora; zapowiada się świąteczna pandemia. Miło. Trochę mi życie z rąk ucieka, mam bałagan nie tylko w pokoju. Nie ogarniam, Jezus Maria. Chyba sprawdzi się to złota zasada: byle do przodu. Choćby na czworakach, choćby na kolanach. Zastanawia mnie czy w ogóle da się uwstecznić, jednak im bardziej przyglądam się ludziom, tym bardziej stwierdzam, że można. No nie, trzeba zacisnąć zęby. Jakoś się do czegoś przydam, odkurzę, pozmywam. Od święta chociaż nie będę typowym pasożytem. W chorobowej loterii trafiło mi się uczulenie na roztocza, co zwalnia mnie z niektórych prac domowych. Całkiem fajnie gdyby nie drobne skutki uboczne. Pieprzyć. Miłego Wielkiego Piątku.

poniedziałek, 25 marca 2013

!Six!

Wait, wait, wait.
Nieco mnie poniosło ostatnio, podekscytowana lubię przymiotniki i błędy powtórzeniowe.
Niemniej - było warto.
Dziś lekcje w mojej kochanej budzie zostały odwołane
z powodu awarii w kanalizacji czy coś. To rozumiem, tak ma być.
Gdy uczyłam się chemii na zbliżający się rychło sprawdzian
przez moją głowę przewijały się różne myśli. Nie ma to jak zadawać sobie pytania egzystencjalne nad procesem estryfikacji. Ach, zawsze lubiłam ten chemiczny przedmiot...
Nic mnie dziś nie natchnęło, wstydzę się emocji. Gdyby nie szalone zadanie domowe, nigdy nie odważyłabym się pisać bloga
. Nie potrafię się uzewnętrzniać. Jestem introwertyczką. Nawet to w sobie lubię. Kiedyś byłam całkiem inna, wszędzie było mnie pełno. Jak nie śmiałam się na cały głos to opowiadałam historie swojego życia. Dziś doceniam i rozumiem ciszę. Jestem spokojniejsza, bardziej skryta. Niewiele osób (w tym takie zwierzątka jak Emiljany, Noony i Kicie) wiedzą co siedzi w mojej pustawej głowie. Jednak normalnie po prostu nie rzucam się w oczy, jestem jak neutralne tło o cielesnej konsystencji.
Tablica Mendelejewa i utlenianie aldehydów nakłoniło mnie również do rozważań na temat Boga. Chyba już całkiem przestałam w niego wierzyć. To naiwne rozumowanie, ale gdyby był to wszystko wyglądałoby inaczej. Nie kupuję gadki o poddawaniu próbie. Kopanie leżącego to czysta podłość.
Może fajnie byłoby znowu uwierzyć, ale chyba wiara nie jest przywilejem ludzi takich jak ja. Hmm, przywilej. Wielu powiedziałoby, że zwykła głupota.
Ja jednak zakładam, że przecież nigdy nic niewiadomo.

Polecam przesłuchać: BUM

sobota, 23 marca 2013

!Five!

Właśnie wróciłam z koncertu MARII PESZEK.
Piękna kobieta, prawdziwa, bezpośrednia i cholernie zdolna. Ludzie po koncercie niemal modlili się do niej, szeptali, że wiedzą jak to jest być na dnie. Ona ich obejmowała i całowała. Maria jest taka naturalna. Jak najszczersze źródło jak jedyna prawda.
Koncert był wspaniały. Ten wokal, ten dziki taniec po scenie.
MARIA wyśpiewała to co tkwi w ludzkim sercu. Słychać było samotność, gniew, nadzieje, miłość.
Takie autentyczne i niemalże zwierzęco proste. Cover Personal Jesus, płomienie na drutach obwiązanych dookoła dłoni i korona cierniowa z czerwonych lampek choinkowych. MARIA badź moim Bogiem.

Katharsis. |
Wszystko wokół się rozpada i gnije, jest sztuczne, lepkie i śmierdzące. Nie ma o co walczyć,  nie opłaca się umierać za cokolwiek. Miłość tylko fizyczna, dobro jedynie materialne.
A tu ONA. Ktoś kto widzi i czuję. Jej dłonie nie są brudne, a słowa obłudne. Ile bym dała, aby mieć w sobie tyle prawdy.

Dla społeczeństwa jest jeszcze nadzieja, widziałam ludzi wpadających w jej objęcia, szukających sensu i zrozumienia. Ludzi głodnych szczerości, naturalności tak dzikiej i wolnej.

Chcę wyznawać Marię.

Cholernie dziękuję za koncert. Za odrobinę sensu. 

tego mi trzeba SZARA FLAGA !

czwartek, 21 marca 2013

!Four!


No i przyszła. Wiosna.
Śnieżna i biała. Aż coś się we mnie obudziło, zawrzało, jakiś błysk, jakiś poryw. Prawdopodobnie się przeziębiłam. Pogoda nie sprzyja moim upodobaniom, również muzycznym, w sobotę
wybieram się na koncert Marii Peszek. Żaden katar nie wchodzi w grę. Szykuje się wielkie odchamianie, uczta dla duszy, odskocznia od prawie-użytecznej wiedzy. Właśnie, tej wiedzy nie jest wcale tak dużo, jakby się mogło
po moim ponad 40 godzinnym rozkładzie zajęć szkolnych i nie tylko, wydawać. Chciałabym dostać Nobla.
Albo Pulitzera. Albo Nike. Ewentualnie stworzyć coś wspaniałego,wyjątkowego, zmienić jakąś cząsteczkę świata. Zazdroszczę ludziom z wielkim talentem lub pasją. Moje zdolności są równe słomiane
co mój zapał. Tak trywialnie i próżnie chciałabym COŚ znaczyć. Coś więcej niż SZYNAPOLKAKOBIETAOBYWATELKAUCZENNICAZACZTERNAŚCIEMIESIĘCYMATURZYSTKANIECODZIWNANOALEWSUMIEMIŁA.
Głupia to tęsknota moja strasznie, nie dla wszystkich liczy się to samo. Jeden chce być docentem, drugi operatorem koparki. Nie ma tu gorszego, jest tylko piękna, kolorowa inność. Świadomie sobie
przeczę, tak jakby "świadoma hipokryzja" była trochę lepsza od tej pospolitej. Plącze się dziś w zeznaniach, to pewnie wiosna albo inne zmęczenie. Dziś jakoś mocniej wżyna się we mnie rzeczywistość,
jakoś wyjątkowo mocno szturcha mnie pod żebra, pilnie podlicza i kołuje wykresy moich marzeń, coś się nie zgadza, kręci głową z dezaprobatą, Szyna połóż się, coś Ci nie wyszło.

środa, 20 marca 2013

!Three!


Uaaa.
Idzie Wielkanoc. Dziś wysłałam świąteczną kartkę dla Babci.Najpierw trzeba było ją zdobyć, więc po drodze odwiedziłam sklep papierniczy. Nigdy w życiu nie widziałam tylu Jezusów. Niektórzy z rozwianymi czuprynami niczym prosto z "Przeminęło z wiatrem" pokornie wisieli na krzyżu. Pod spodem znajdował się złocisty napis ALLELUJA. Na jeszcze innych rubensowski Chrystus pukał do drzwi albo głaskał baranki, gdy jego równie święty kompan D'Artagnan wychodził żwawo z wielkiej zielonkawej groty. Jeszcze inni Panowie Jezusowie zajmowali się podnoszeniem z ziemi rozpłakanych niewiast, czy pokonywaniem siłą uśmiechu paru rzymiańsko-pogańskich żołnierzy. Tak, tak nie jestem nazbyt religijna, nie chodzę do kościoła. Nie obchodzi mnie Biblia, spowiedź i taca. Jednak wkurza mnie panujący nad światem konsumpcjonizm. Wszystko da się opchnąć od maści na grzybice pochwy po fluorescencyjny krzyż. Wszędzie tylko reklamy i nieustanne parcie na kasę. W telewizji kobiety albo piorą i sprzątają cudownymi środkami, cholernie szczęśliwe, że im ta uporczywa plama z błota zeszła z balowej sukienki, albo biegają półnagie po ekranie zachwalając działanie niebieskich, wzwododajnych pigułek. Czasem się któraś pochyli nad swoim życiem i kiblem, wymieni męża albo kostkę WC, inna opowie jaką ulgę ma w pochwie od nowych globulek albo jak ciężko wychować dziecko z zespołem Devica.
Wszystko da się sprzedać.
Agencje reklamowe sprzedają mi Jezuska na kartce, tabletkę na sraczkę, herbatkę na kaca, stronę internetową na słabe małżeńskie pożycie.
Wszyściutko pięknie, kolorowo. Wszystko się kalkuluje, wszystko odpowiada.
Trochę sens umyka. Ale sens nieopłacalny.

sobota, 16 marca 2013

!Two!

Yop.
Sobotnie wylegiwanie się. Idzie wiosna, wszędzie leży śnieg. Polska, ach Polska...
Pogłębiają się moje problemy z internetem.
Zastanawiałam się nad prędkością upływającego czasu. Nie jestem nadto odkrywcza, czasoprzestrzeń nagina się i dłuży niemiłosiernie kiedy robimy coś czego naprawdę nie lubimy, ale za to przyspiesza jak szalona, gdy spotyka nas jedna z najwspanialszych chwil. Nie wiem, niedawno składałam podanie do liceum, miałam głowę pełną marzeń, uczucie dziwnej lekkości i wolności w sercu. Marzenia gdzieś mi umknęły wyparte przez prozaiczne zadania domowe i mroźnowieczorne powroty ze szkoły do rodzinnego miasteczka.Wolności chyba nie straciłam, nabrała jedynie innego charakteru. To właśnie wolność i niezależność są dla mnie wartościami priorytetowymi, tym czego tak trudno mi się wyrzec. Lubię o sobie myśleć jak o niepodległej jednostce, która sama sobie zawsze ze wszystkim poradzi, dla której nie ma rzeczy możliwych. Jestem niezwykle samowystarczalna. Tylko momentami, kiedy świat staję się niepokojąco szary i zimny, niektóre tajemnice zaczynają się kręcić gdzieś wewnątrz i podszczypując moje płuca, szukają kogoś kto zechce ich wysłuchać. Szkoda, że tak wiele rzeczy ze względu na mój wiek (niemalże 18lat) mi nie wypada. Choć od moich 15urodzin nie minęło wcale tak dużo, te 3 lata dla otaczającego mnie świata znaczyć musiały naprawdę wiele. Teraz nie jestem gówniarą, która na imprezie bywa jedynie do 22 (o ile się tą imprezą w ogóle zainteresuje, mam dość niepokorne i niegdyś "metalowe" usposobienie) i  pilnie odrabia jakże trudne gimbazowe zadania domowe. Dziś oprócz mnożących się obowiązków i oczekiwań  wobec "młodej dorosłej", szaleńczych przygotowań do wkroczenia w sferę konsumpcjonizmu i ścigającej mnie matury, mogę na imprezie pozostać dłużej. Osiemnastka to jakaś magiczna cyfra względnych profitów. Niedługo pobiegnę na wybory, głosować na pseudonową partię. Myślę, że zabawa w podchody byłaby lepsza i dla mojego zdrowia psychofizycznego jak i dla pięknego kraju, w którym dane jest mi mieszkać. Wcale nie chce dorastać. Czas ucieka mi jak przez palce, mam tyle pomysłów, o których prędzej zapomnę niż je zrealizuję. Wszystko pięknie.
Zapominam o swojej maleńkości. Mogę stać na szczycie wzniesienia, mieć horyzont i zachód słońca prawie pod sobą i przez te kruche kilkadziesiąt lat mojego życia przyglądać się przypływom i odpływom czasu.

środa, 13 marca 2013

!One!

Dzień Dobry.
Przystępuję do najbardziej szalonej pracy domowej w moim życiu, a mianowicie zakładam bloga.
Będzie prawie poważnie, trochę o żarciu (takim świadomym, ot co!) i meduzach. To niebywałe stworzenia.
Wszystko zaczęło się od tego... 

                                    : )

i dużo, dużo dżemu. Brak mi dziś inwencji twórczej, nie kołyszę się na fali weny niczym słodki parzydełkowiec. Przejawia się też moja wzajemna niechęć do technologii, internet lubi mnie unikać.

No, to mamy mały wstępik !